
Odyseja niekosmiczna. Powieść pisana na bieżąco
Pierwsza publikacja: 22 marca 2025 r.

I. Głośny falset wydobywający się z budzika niczym brzytwa przeciął sen
Mateusza.
Mężczyzna nic a nic nie grymasił, tylko w mgnieniu oka rzucił się spod
ciepłej kołdry w chłodną
ciemność sypialni. Po omacku dotarł do łazienki i dopiero tam zapalił
światło. W ciągu pięciu minut
był już gotowy do wyjścia. I wtedy zadziałała jego psia intuicja. Niby
przypadkiem spojrzał na
elektroniczny kalendarz wiszący tuż przy drzwiach. Była sobota, 21
grudnia 2061 roku. Pod tą datą
niebieskim światełkiem radośnie zamrugała przypominajka: POJUTRZE
CHANUKA, NASZE ŚWIĘTO
ŚWIATEŁ. Mateusz cicho przeklął pod nosem. Obrócił się na
pięcie, przysunął taboret i opadł na
niego całym impetem. Dziś ma wolne. - To ta parszywa robota tak mnie
wykańcza - mruknął. Nie
chciał już wracać do łóżka. Zaparzył mocną kawę a z
lodówki wyjął niedojedzony wczoraj kawałek
ciastka. Smakował plastikiem, jak zresztą wszystko, co można było kupić
w markecie obok. Ba, jak
w każdym sklepie nienależącym do sieci Srul's Kosher Food.
Każda sobota była świętem państwowym, a Mateusz Tvardovsky - jako młodszy oficer śledczy - większość takich dni miał wolnych. Zresztą spora część obywateli Rzeczypospolitej Przyjaciół korzystała z tego dobrodziejstwa. Pracowali tylko najbiedniejsi, wykonujący najprostsze prace. Mateusz dobrze znał to środowisko, bo to głównie z niego rekrutowali się jego "klienci". Tak, tam gdzie bieda, tam i przestępstwo.
Choć było dość zimno, wyszedł na balkon, by zapalić papierosa. Sam nie wiedział, skąd wziął się u niego ten nawyk. Podejrzewał, że wyniósł go z domu rodzinnego. Właśnie tak postępował dziadek, gdy znajdował się w polu widzenia babci. Dla świętego spokoju wychodził przed dom i na ławeczce pod wierzbą kurzył swoją starą fajkę. Oj, wydobywał się z niej piękny zapach! Mateusz dobrze zapamiętał dom dziadków, wszak spędził w nim swoje wczesne dzieciństwo. Rósł przed nim niewielki świerk, na którym raz do roku cała rodzina zawieszała różne świecidełka. Wtedy było im bardzo wesoło. We wspomnieniach utkwił mu obraz kolorowych pudełek z prezentami i cała gama zapachów dziś już nigdzie niedostępnych. Niepokoił go tylko brak chanukowego świecznika. Nie mógł go odnaleźć w tych swoich retrospekcjach, a przecież dziadkowie musieli go mieć, skoro zimą świętowali całą liczną rodziną.
Nie zdążył dopalić papierosa, gdy usłyszał dzwonek telefonu. Spojrzał na wyświetlający się numer. Dobijał się ktoś z firmy. Nie spieszył się z podjęciem rozmowy. Zaczekał na rozłączenie sygnału i po chwili sam oddzwonił. W słuchawce usłyszał podenerwowany głos swojego bezpośredniego zwierzchnika, Zacha Szapiry. Ten kazał mu natychmiast wsiąść do samochodu i przyjechać na ulicę Mosze Dajana 13. - Nie wiem, czy to sprawa dla nas, czy dla politycznych. Rozejrzyj się na miejscu, i jakby co, wal do nich.
Ta dzielnica najlepsze czasy miała już dawno za sobą. Posępne dziś kamienice wybudowano z dwieście lat temu, kiedy w mieście gwałtownie rozwijał się przemysł chemiczny, a ten potrzebował całej masy robotników. Tu nigdy nie było zbyt pięknie, ale teraz sceneria tego miejsca bardziej przypominała dawno nie opróżniany zsyp na śmieci niż obszar zamieszkiwany przez ludzi. Niewiele budynków nosiło ślady starego otynkowania. Co prawda niektóre z nich jeszcze posiadały resztki rzadko obecnie już spotykanych wiekowych ornamentów, ale potrzeba było sporej wyobraźni, by uchwycić ich miniony urok. Teraz zamieszkiwane były przez postchrześcijański lumpenproletariat, nie mający zezwolenia na osiedlanie się w innych, bardziej dystyngowanych częściach miasta. W dużej części były to rodziny uczestników antysemickiego tumultu, który wybuchł ponad trzydzieści lat temu i został krwawo spacyfikowany. Nieufni wobec obcych trzymają się razem i są wylęgarnią wszelkich patologii. Mateusz często w tej dzielnicy bywał. Oczywiście nie dla przyjemności. Wzywały go tutaj obowiązki, czyli przestępstwa, a jeszcze dokładniej mówiąc - praca polegająca na wykrywaniu ich sprawców. A z tym bywało różnie. Miejscowi niechętnie współpracowali z policją. Nic zresztą dziwnego, w prawie każdej zamieszkującej tu rodzinie ktoś był notowany. Jedyne, co zawsze zastanawiało Mateusza, to nazwa tutejszej głównej ulicy. Komu przyszło do głowy, by nazwać ją imieniem jednego z najbardziej czczonych bohaterów Rzeczypospolitej Przyjaciół, czyli Mosze Dajana?
Kamienica oznaczona ledwie trzymającą się muru tabliczką z numerem trzynastym sprawiała wrażenie trzęsącej się w posadach. Większość okien pozbawiona była szyb. W ich miejsce ktoś mało fachową ręką poprzybijał kawałki jakichś sklejek i dykt. Mimo to budynek z pewnością był zamieszkały. Z prowizorycznego komina wystającego z bocznej ściany poddasza nieśmiało unosiła się smużka dymu. Gdzieś zaszczekał pies. Mateusz potknął się o leżący w bramie fragment przerdzewiałej stalowej rynny. Kopnął go ze złością. Przy schodach czekał na niego umundurowany policjant, który poprowadził go na pierwsze piętro. W momencie, gdy mijali jakieś drzwi, uszy Mateusza uchwyciły melodię cichutko wyśpiewywaną starym, kobiecym głosem. Był pewien, że nie usłyszał jej pierwszy raz w życiu. Na chwilę przystanął, a pamięć przeniosła go do czasów dzieciństwa. Oczami wyobraźni zobaczył babcię. Tak, to ona czasem śpiewała mu tę piosenkę. "Ze skowronkami poszliśmy do pracy i spać pójdziemy o wieczornj zorzy...". Tylko tyle z niej zapamiętał. Szkoda, bo była piękna.
-To tutaj - towarzyszący mu policjant zatrzymał się przed mieszkaniem, które było celem ich krótkiej wędrówki.
To była klasyczna melina. Przysłowiowe smród, brud i ubóstwo. Pośrodku pokoju, pomiędzy mnóstwem kartonów, leżał przewrócony biały plastikowy stolik skradziony zapewne z jakiegoś kawiarnianego letniego ogródka. Pod nim znajdowało się ciało mężczyzny wyglądającego na kloszarda. Na to przynajmniej wskazywała jego brudna i byle jak podreperowana, mocno znoszona odzież. Kuchenny nóż wbity w okolicach serca nie pozostawiał wątpliwości co do przyczyny zgonu.
- Morderstwo typowe dla tej dzielnicy. Bandziorskie porachunki, panie podkomisarzu. Zdjęcia już zrobione, a koroner zaraz tu będzie - rzekł umundurowany policjant.
Mateusz tylko pokiwał głową. Znał tę procedurę na pamięć. Nikogo nie obejdzie śmierć tego człowieka. Liczy się tylko statystyka wykrywalności sprawców przestępstw, więc winny zostanie skazany. Winny rzeczywisty lub ktoś stąd, ktoś, komu ta zbrodnia zostanie przypisana. Tak czy owak społeczeństwo będzie szczęśliwsze bez dwóch, jak to ich nazywano w branży, chwastów.
Zapisał parę zdań w swoim notatniku i rutynowo rozejrzał się po pomieszczeniu. Zza szafy wystawał fragment ramy obrazowej. Lekko pchnął mebel i odsłonił stary zakurzony oleodruk przestawiający chłopca trzymającego baranka na rękach. Obok stał mężczyzna zajęty obróbką drewna, a jakaś kobieta przędła nić z wrzeciona. O dziwo, skądś znał ten obraz! Tak, tkwił on gdzieś w zakamarkach Mateuszowej pamięci, choć na tę chwilę pozostawał niedostępny. W ciągu kilku ostatnich minut podinspektor dwukrotnie doznał swoistego déjà vu. To coś nieoczekiwanie przytrzymało go na dłużej na miejscu zbrodni. Znów podszedł do leżącego ciała i tym razem pochylił się nad nim. Denat miał starannie wypielęgnowane paznokcie, był dokładnie ogolony, a o jego fryzurę najpewniej dbał niezgorszy fryzjer. Z tą obserwacją kłóciły się tylko łachmany, w które był ubrany. Tuż przy jego prawym uchu, w szparze między deskami podłogi, tkwił na sztorc mały kartonowy obrazek. Mateusz sięgnął po niego pincetą. Po jednej stronie widniał uskrzydlony rycerz w błękitnej zbroi, a po drugiej dwa rzędy pustych kratek. To znaczy prawie pustych. Pierwszy rząd składał się z czterech kratek. W drugiej od końca ktoś wpisał ołówkiem literę "U". Poniżej, w drugim rzędzie, było tych kratek pięć. Środkową wypełniała litera "L".
II. Panujący w galerii handlowej gwar ludzki zwykle dotąd uspokajał Mateusza. Ilekroć przychodził tutaj, zawsze udawało mu się odzyskiwać wewnętrzną równowagę zachwianą przeżyciami związanymi ze służbą. Wydział kryminalny to nie piaskownica. Wiedział o tym od samego początku, czyli od pierwszego dnia, kiedy to inicjacyjnie przekroczył próg komisariatu. Przez tych ostatnich dziesięć lat napatrzył się co niemiara na ludzkie tragedie i tylko zewnętrzny rozgardiasz pozwalał mu zagłuszać zgrzytliwy akord rozkołatanych nerwów. W pustym mieszkaniu nigdy mu się to nie udawało. Przez panującą w nim ciszę dopadał go krzyk każdej ofiary, każdego znalezionego ciała. Potrzebował i długo szukał bodźców zewnętrznych przywracających mu wewnętrzny spokój. Znalazł je tu, w miejscu bogatym w dźwięki i ruch.
Tego dnia był jednak wyjątkowo niespokojny, a galeryjne remedium jakoś nie potrafiło wykazać się dotychczasową skutecznością. Błąkał się bez celu, po kilka razy wchodził do tych samych sklepów. Wszyscy go tam znali z takiego właśnie zachowania, więc nie wzbudzał żadnego zainteresowania służb ochronnych. Przed oczyma wciąż miał zwłoki z ulicy Dajana, a jego myśli natrętnie kazały mu powracać do wstępnego raportu koronera. Zamordowany miał około trzydziestu, trzydziestu pięciu lat. Wydaje się, że był mężczyzną rasy białej. Śmierć zadano mu jednym ciosem. Tkwiący w ciele kuchenny nóż przebił lewą komorę serca i spowodował natychmiastowy zgon. Standard. Mateusz znał na pamięć takie opisy. Ten przypadek różnił się jednak od innych. Ofiara była osobą zadbaną, dobrze odżywioną, najwyraźniej prowadzącą zdrowy tryb życia. Te spostrzeżenia koronera nie pasowały do okoliczności, w których ją znaleziono. No i ta brudna, obszarpana odzież. Nie to jednak najbardziej zaskoczyło patologa. Zamordowany nie miał chipa! Ba, nie miał żadnej blizny między palcem wskazującym a kciukiem prawej dłoni, ani milimetra świadczącego o dokonanym w tym miejscu chirurgicznym nacięciu, mogącym świadczyć o uprzednim usunięciu mikroprocesora. Dla koronera była to sytuacja bezprecedensowa, więc dodatkowo wykonał rentgenogram oraz skanowanie obu dłoni. Ani śladu po jakiejkolwiek wcześniejszej obecności chipa! Była to okoliczność uprawdopodobniająca przestępstwo o charakterze antypaństwowym, a w takich przypadkach policyjna procedura obligowała Mateusza do przekazania dochodzenia wydziałowi politycznemu. Zanim to jednak zrobił, mimowiednie skopiował wszystkie dostępne mu materiały z tej sprawy. Wśród nich znajdował się także opis metalowego, bezwartościowego wisiorka znalezionego na szyi ofiary. Koroner zasugerował, że był on typowy dla pogańskich buntowników spacyfikowanych doszczętnie przed trzydziestu laty i przedstawiał matkę religijnego przestępcy imieniem Joszua, do którego oni się modlili. I to właśnie ten przedmiot najbardziej nie dawał spokoju Mateuszowi. Coś mu on przypominał.
Wszedł do jakiegoś sklepiku i sięgnął po sok cytrynowy. Przy ladzie położył dłoń na terminal płatniczy. Żadnej reakcji urządzenia. Udało się za czwartym razem.
- Kiedy wreszcie wymieni pan ten stary złom na nowy model z bajerami, inspektorze? - z uśmiechem zapytał sprzedawca.
Mateusz jednak go nie usłyszał. Całą swoją uwagę skoncentrował na dwóch przyglądających mu się osobnikach. - Polityczni koszerni - mruknął pod nosem. Już jako młody policjant nasiąknął niechęcią do służb niechybnie reprezentowanych przez dwóch kruczowłosych osobników, chłonąc od starszych stażem kolegów niezliczoną ilość historyjek opisujących działania funkcjonariuszy elitarnej tajnej policji politycznej. Kolejne lata służby tylko potwierdziły słuszność tych opowieści. Co prawda tylko kilkakrotnie bezpośrednio zetknął się z bezpieczniakami, ale zawsze były to dla niego kontakty ze wszech miar dojmujące. Działo się tak za każdym razem, gdy przejmowali jego śledztwa. Ni stąd, ni zowąd zjawiali się już w prologach najbardziej zagadkowych dochodzeń, bezceremonialnie każąc mu iść do diabła i zająć się ściganiem sklepowych złodziei. Nieodstępująca ich na krok cyniczna buta wywoływała u Mateusza trudno hamowaną chęć natychmiastowego skręcenia im karków. W takich chwilach zasychało mu w gardle ze wściekłości zmieszanej z poczuciem całkowitej bezradności. To oni mieli nad nim niepodważalną przewagę: wiedział, że w każdym momencie mogą przystawić mu lufę pistoletu do czoła, bezkarnie nacisnąć cyngiel i bez pośpiechu odejść z miejsca zdarzenia, choćby nawet było nim jego osobiste biuro w komisariacie. Nikt z kolegów nie ruszyłby palcem w bucie, a całe zajście zostałoby chłodno opisane w raporcie jako atak jakiegoś zaaresztowanego przestępcy. Mateusz słyszał o takich wypadkach i nie miał żadnych wątpliwości, że nie były to zwykłe "policyjne legendy".
Teraz dwóch bezpieczniaków stało kilka metrów od niego. - Pewnie mają tu jakąś robotę do wykonania - pomyślał i kątem oka rozejrzał się po sklepie. W najbliższym otoczeniu nie zauważył jednak nikogo, a uważne spojrzenia tajniaków obejmujące jego sylwetkę zaczęły budzić uzasadnione podejrzenie, że to właśnie od niego czegoś chcą. Po chwili uzyskało ono ostateczne potwierdzenie, gdy obaj stanęli tuż przy nim.
- Napije się pan z nami kawy, podkomisarzu? - wycedził bezbarwnym głosem jeden z tajniaków. Choć literalnie było to tylko pytanie, to Tvardovsky nie miał wątpliwości, że wybrzmiało ono jak imperatyw. Szybko próbował ocenić sytuację. Nie był przypadkowo napotkanym przez nich klientem sklepu, bo w przeciwieństwie do znającego go z widzenia sprzedawcy nie pomylili jego służbowej rangi. Zresztą tylko jako policjant mógł spotkać się z jako takim formalnym ugrzecznieniem z ich strony. Gdyby był zwykłym obywatelem podejrzewanym przez nich o jakiekolwiek wykroczenie, już leżałby na posadzce i zapoznawał się z zimowym błotem naniesionym przez kupujących. Bez przekonania kiwnął akceptująco głową, szukając w niej ewentualnych powodów niechybnie zbliżających się kłopotów.
Usiedli przy stoliku restauracji przez przepierzenie sąsiadującej ze sklepem. Starszy z tajniaków, o haczykowato zagiętym nosie i przymrużonych oczach zdradzających wrodzoną podejrzliwość, szybkim ruchem machnął służbową legitymacją Miszteret Polin.
- Jestem Samuel Szoken z północnego dystryktu warszawskiego. Zapewne dziwi się pan, dlaczego spotykamy się własnie tutaj, a nie przyszliśmy do pańskiego biura lub nie wezwaliśmy do siebie. Otóż sprawa, dla której tu dziś jesteśmy, jest inna od standardowych. Jest od nich bardziej - tu zawiesił swój słowotok, jakby szukał odpowiedniego słowa - błaha. Tak, na tyle nieistotna, że odeszliśmy od zwykłego trybu. Po prostu chcemy, by pan o czymś zapomniał, a kameralne okoliczności mają w tym panu pomóc. Czy to jasne? - Szoken podniósł filiżankę do ust i łapczywie wypił całą jej zawartość, przełykając mało estetycznie.
Mateusz, wciąż milcząc, kolejny raz skinął głową. Na przekór uczynionemu gestowi niczego nie rozumiał. Przez skórę czuł, że dzieje się coś niedobrego. Tajniacy musieli deptać mu po piętach od momentu opuszczenia komisariatu i wkroczyli do akcji w okolicznościach, które uznali za wygodne dla nich. Nietypowość sytuacji w żadnym razie nie potwierdzała jej deklarowanej błahości. Wprost przeciwnie - musiała być niezwykle ważna, skoro nie miał pozostać po niej żaden formalny ślad. Potaknięcie Tvardovsky'ego zostało zinterpretowane przez Szokena za oznakę słabości i poddaństwa. Przez chwilę chciwie wsłuchiwał się w takty melodii klezmerskiej dobywającej się z niewidocznych kawiarnianych głośników. Widać było, że z ukontentowaniem pomrukuje sobie pod nosem.
- Jak dobrze wiesz, przejęliśmy sprawę z ulicy Dajana. Szybko ustaliliśmy, że było to samobójstwo jakiegoś zwykłego degenerata mającego problemy z narkotykami. Zeznania osób przesłuchanych były co do tego zbieżne, więc wczoraj zamknęliśmy dochodzenie - tym razem odezwał się z drugi z tajniaków, młodszy i sprawiający wrażenie zwykłego osiłka. Mateusz z niepokojem przyjął to zwrócenie się na "ty". Skrócenie dystansu miało nie tylko aspekt psychologiczny, ale zwiastowało przeniesienie rozmowy na inny poziom. To stara metoda stosowana od wieków przez wszelakie służby o charakterze policyjnym.
- Widzisz, Matanjah - pałeczkę prowadzenia rozmowy przejął ponownie Szoken - do tej pory nie wykonywałeś chaotycznych ruchów, gdy to my przejmowaliśmy wasze śledztwa. Robiłeś wszystko, jak trzeba. W tej sprawie z Dajana pierwszy raz postąpiłeś wbrew procedurom. Oczywiście usunęliśmy już wszystkie zdjęcia z twojego prywatnego multiXa, ale nasz niesmak pozostał.
- W jakim celu je zrobiłeś? - dorzucił osiłek, a jego ton niepokojąco zmienił się w napastliwy.
Gdyby tajniacy znali wcześniej Mateusza, wiedzieliby zapewne, że jego lekko uniesiona prawa brew jest nieomylną oznaką maksymalnego skupienia. Policjant przez chwilę analizował wszystko to, co dotąd usłyszał. Starszy tajniak nazwał go Metanjahem, czyli hebrajską wersją imienia. Dał mu w ten sposób ironicznie do zrozumienia, że funkcjonując jako "chrześcijański" Mateusz należy do niższej, pozbawionej szczególnego uprzywilejowania, warstwy społecznej. To było niezwykle czytelne ostrzeżenie. Tvardovsky wiedział, że nie może wyprzeć się faktów, więc postanowił naiwnie je interpretować, udając zastraszoną niezgułę. Zaczął bąkać coś o swoich zawodowych ambicjach, o gorliwości i chęci ciągłego zawodowego rozwoju. Sugestywnie przekonywał, że tamta sprawa wydała mu się na tyle interesująca, by ją zapamiętać i zawiadomić policję polityczną, gdyby tylko w przyszłości natrafił na podobną. Nieśmiało dopowiedział o swoim rzekomym marzeniu: podjęciu służby w bezpieczeństwie i chęci wykazania się przed przyszłym pracodawcą. Szoken uważnie przypatrywał się uzewnętrzniającemu się Mateuszowi, tym razem wolno sącząc zamówioną w międzyczasie kolejną kawę.
- Powiedzmy, że ci wierzę. Przynajmniej na tę chwilę. Sam dobrze wiesz, że potrafimy być nieprzyjemni, gdy dobro państwa jest zagrożone - końcowe słowa wypowiedział cedząc przez zęby ostatni łyk wraz z fusami. - Dam ci przyjacielską radę. Wymień wreszcie swojego starego czipa na najnowszy model służbowy. Osobiście dopilnuję, by stało się to poza obowiązującą kolejką. Dzięki temu unikniesz w przyszłości spotkań takich, jak to dzisiejsze - dopowiedział wstając z wolna z krzesła.
- I zapomnij o Marczaku - syknął na odchodne osiłek, gryząc się od razu w język czując na sobie wściekłe spojrzenie Szokena.
Tvardovsky wciąż odgrywał swoją rolę, zmuszając się, by w oczach pojawiły się łzy oznaczające krańcowy przestrach. Z maską zdeprymowanego młokosa przyłapanego na podglądaniu sąsiadki wyszedł na ulicę i pospiesznym krokiem skierował się ku domowi.
III. Od sześciu lat mieszkał w apartamentowcu usytuowanym na prestiżowym osiedlu dzielnicy Łosia Wólka, sąsiadującej z najbardziej ekskluzywną częścią Warszawy - Czosnowem. Jeszcze dwie dekady temu były to podwarszawskie wioski, o których mało kto słyszał. Z nie do końca znanych powodów właśnie tam swego czasu wybuchł boom deweloperski. Od razu Czosnów uczyniono dzielnicą zamkniętą, zawarowaną dla elity elit Rzeczpospolitej Przyjaciół. Osiedlenie się w niej było trudno dostępnym przywilejem. Formalnego zezwolenia udzielał urząd meldunkowy miasta stołecznego, ale w jego dokumentach próżno było szukać jakiegokolwiek kryterium do spełnienia przez początkowo licznych chętnych. Decyzje odmowne były standardem, więc po paru latach do ratusza przestały napływać wnioski "z ulicy". Obiegowa plotka głosiła, że czosnowianinami zostawało się... na zaproszenia. Nie rozstrzygała ona wprawdzie, kto je wystosowywał i czym na nie można było sobie zasłużyć, ale Mateusz zasłyszał tu i ówdzie, że za wszystkim stała jakaś ukryta koteria. Nigdy zresztą nad tym głębiej nie zastanawiał się. Po ukończeniu szkoły policyjnej i otrzymaniu angażu w Warszawie natknął się na reklamę nowo budowanych apartamentowców w Łosiej Wólce. Pojechał tam, obejrzał okolicę i wpłacił zadatek.
Teraz leżał na wersalce z poduszką umieszczoną pod głową. Nie mógł poradzić sobie z gonitwą myśli. Nie zauważał nawet głośnej muzyki dobiegającej z sąsiedniego mieszkania od niedawna zajmowanego przez jakiegoś bogatego studenta z Afryki. Wciąż przeżywał to, co wydarzyło się przed dwiema godzinami. Któryś raz z rzędu analizował przebieg niecodziennego spotkania z bezpieczniakami. Chwilami był zły na siebie. - Zbyt szybko pokazałem im miękkie podbrzusze. Mogłem udać oburzenie i kategorycznie zażądać wyjaśnień - masochistycznie zarzucał sobie zwykłe wazeliniarstwo, wszak w policyjnym środowisku niezmiennie cieszył się opinią twardziela z charakterem. Zaraz potem przeganiał te depresyjne myśli i stawał się dumny z obrania właściwej taktyki. Na przemian ganił się i chwalił. W końcu uznał, że zrobił, co mógł. Najważniejsze, by dali mu spokój.
Wszedł do kuchni. Machinalnie otworzył drzwi lodówki. Na jednej z półek czekał roślinny befsztyk, o którym marzył jeszcze kilka godzin temu. Ledwie zwalczając odruch wymiotny szybko odwrócił się na pięcie. Łyknął jakąś tabletkę przeciwbólową i powrócił na wersalkę. Przymknął oczy i opanowawszy emocje wreszcie przeskoczył w tryb chłodnej policyjnej kalkulacji. Doszedł do kilku ważnych wniosków. Sprawa z ulicy Dajana od początku wydała mu się niecodzienna, a zachowanie funkcjonariuszy Miszteret Polin tylko utwierdziło go w tym przekonaniu. Zabrali mu dochodzenie, usunęli dokumentację z jego osobistego multiXa, a potem próbowali zastraszyć w kawiarni. Sporo tego. Zbyt dużo, by o wszystkim tak po prostu zapomniał. Oczywiście nie miał najmniejszego zamiaru narażać się politycznej policji i drążyć tematu, ale uznał, że powinien udokumentować wszystko to, co w ostatnich godzinach nagle zburzyło jego spokój. Przez chwilę zastanawiał się, jak uczynić to w najbardziej bezpieczny dla siebie sposób. Nagle przypomniał sobie dziecięce zabawy z ojciem, podczas których zapisywali sobie "tajemnice" na... papierze toaletowym. Wyjął z szafy zapasową rolę i odwinął kilka metrów. Ołówkiem zapisał sobie adres z ulicy Dejana, wszystkie szczegóły dotyczące zamordowanego, z pamięci odwzorował znaleziony przy zwłokach obrazek wraz z kratkami i umieszczonymi weń literami. Na koniec naniósł dwa nazwiska: Szoken i Marczak. Przy tym ostatnim postawił wykrzyknik. Papier dokładnie nawinął na rolkę, a tę ustawił obok innej, już używanej. Był pewny, że nikt się do niej nie dobierze.
Nazajutrz wstał bardzo wcześnie. Już dawno zaplanował wyjazd nad Bałtyk w te wolne chanukowe dni. Lubił zapach zimowego morza, a że zbyt religijny nie był, to zarezerwował pobyt w jednym w sopockich pensjonatów. Uważnie przeskakiwał wzrokiem po wieszakach i półkach, by nie pominąć niczego podczas pakowania walizki. Targany emocjami nie był w stanie zrobić tego wczoraj. Już prawie skompletował bagaż, przypomniał sobie o rękawiczkach. Miał takie puchowe, które otrzymał kiedyś od matki. Otworzył jedną z szuflad i głęboko w niej pogrzebał. Natknął się na stary album ze zdjęciami, do którego nie zaglądał od tragicznej śmierci rodziców. Uczył się w liceum, gdy jego świat rozpadł się w drobny mak. Odtąd każde ich wspomnienie wywoływało ból nie do zniesienia. Dziwne, ale właśnie teraz poczuł nieodpartą potrzebę zanurzenia się w minionej szczęśliwej przeszłości. Na jednej z fotografii ujrzał siebie jako małego chłopca niezgrabnie trzymającego hulajnogę, stojącego z mamą i tatą na tle domu dziadków. Na ten widok ogarnęło go nieznane mu dotąd podniecenie. Zapragnął być tam znowu, teraz. Szybko chwycił bagaże i zjechał windą. Wsiadł do samochodu i ustawił nawigację. Nie wybrał jednak planowanej wcześniej drogi E77, ale punkt docelowy położony w prostej linii jakieś dwieście kilometrów na zachód od Warszawy.
Zanim wyjechał na trasę E30 zatrzymał się w Błoniu tuż przed sklepem Srul's Kosher Food. Sam nie zwracał zbytnie uwagi na to, co je. Był mężczyzną samotnym, w przeszłości ledwie dotknął paru związków z płcią piękną, a tacy jak on z reguły kulinarnie zaniedbywali się. Owszem, jego szafki kuchenne mieściły wszystko to, co potrzebne jest do gotowania i smażenia, ale większość z nich nigdy dotąd nawet nie miało okazji do rozgrzania się. Wszystko co jadał na ciepło, rodziło się szybko i bezboleśnie w zwykłej mikrofali. Nie zawracał sobie głowy koszernością bądź jej brakiem. Choć jako oficer policji miał możliwość dokonywania zakupów w sieci SKF, to jednak zaglądał tam tylko sporadycznie, głównie po to, by zaopatrzyć się w zapas swoich ulubionych Cadyczków, ciasteczek z prażonymi ziarnami słonecznika. Miał do nich słabość zakorzenioną hen we wczesnym dzieciństwie. Nigdy nie zatarł się w jego pamięci obraz tychże smakołyków prawie że zawsze obecnych na kredensie u dziadków. Wciąż dobrze pamiętał ich zapach i smak, a także dziecięcą ekscytację, gdy cichaczem sięgał po nie poza kontrolą dorosłych. Teraz wolno przechadzał się między sklepowymi półkami wcale nie zwracając uwagi na swoje ulubione ciasteczka. Nie wiedział, czego szuka. Nie minęła jeszcze godzina odkąd impulsywnie zaświtała mu głowie brawurowa myśl o odwiedzeniu dawnego domu dziadków. To dla niej alogicznie zarzucił dawno zaplanowany wyjazd nad morze. Coś z potężną mocą pchnęło go ku światu, który dawno odszedł. Nie ma tam już dziadków, nie ma rodziców. Co pozostało? Na pogrzebie rodziców zamienił kilka zdawkowych zdań z Jerzym, swoim starszym o kilka lat kuzynem. We wczesnym dzieciństwie spotykali się w domu dziadków, wszak ich ojcowie byli braćmi. Potem te familijne więzi niespodziewanie rozluźniły się. Obaj bracia co prawda wciąż wraz z rodzinami spędzali tam część wakacji, ale planowali je tak, by mijać się terminami. Mateusz był wówczas zbyt młody, by zastanawiać się nad tą zmianą. Ba, dostrzegł ją dopiero po latach i nijak nie rozumiał. To na cmentarzu usłyszał od kuzyna, że ten odzyskał dom dziadków i właśnie się do niego wprowadził. Czy jednak nadal w nim mieszka? Mateusz dopiero teraz zdał sobie sprawę, że przez osiem lat wiele mogło się wydarzyć. A co jeśli okaże się, że swoją akrobatyczną podróż zakończy u drzwi zupełnie obcych, nieznanych sobie ludzi? - Co będzie, to będzie - pomyślał policjant. - Zaufam intuicji do końca - ostatnie słowa wypowiedział półszeptem, ale stanowczo, jakby chciał pochwycić uchem własną determinację i nakarmić się nią.
Do sklepowego koszyka w końcu włożył smukłą butelkę ziemniaczanej Cymer Kosher, zestaw słodkości z Kopernika, trzy paczki papierosów Noblesse i kilka Cadyczków na wypadek, gdyby w domu kuzyna były małe dzieci. Przy kasie znów miał drobny problem z płatnością, co przypomniało mu o propozycji złożonej dzień wcześniej przez Szokena. - Niech się buja - skrzywił się na myśl o niej. Nie żeby czuł jakąś szczególną niechęć do współczesnej bioelektroniki, ale odtąd wszystko, co kojarzyło się z tym konkretnym funkcjonariuszem bezpieki, było dla Mateusza nad wyraz dojmujące.
Równy rytm pracującego silnika na cały czas podróży zastąpił mu dźwięki muzyki, której zwykł słuchać podczas każdorazowej jazdy samochodem. Nie miało to nic wspólnego z wizerunkową narracją konstruktorów niektórych modeli Ferrari przekonujących o wyższości pomruku wydobywającego się spod maski pojazdu nad jakąkolwiek melodią stworzoną przez człowieka lub maszynę. Po prostu dziś chciał jechać we względnej ciszy. Jej potrzebował teraz bardziej niż całej gamy przypadkowych emocji narzucanych mu przez kolejnych kompozytorów. Jednak na tym nie kończył się ciąg zaskakujących akcentów w dzisiejszym zachowaniu Mateusza: wyłączył system nawigacyjny i usunął wcześniejsze ustawienia. Tuż przed podróżą przyjrzał się papierowemu wydaniu mapy samochodowej i zapamiętał najważniejsze punkty orientacyjne. Sam nie wiedział, dlaczego tak postąpił.
Za jednym ze skrzyżowań szeroka zrazu asfaltówka zamieniła się w pokiereszowaną lokalną drogę przecinającą niekończące się smutne rozłogi opustoszałych pól. Koła samochodu stukały miarowo podskakując na wyboinach ukrytych pod warstwą pośniegowego błota. Mateusz lekko wyhamował z obawy przed wpadnięciem w poślizg. Ruch na drodze był minimalny, więc mógł kątem oka obserwować okolicę. Mijał kolejne wioski sprawiające wrażenie wyludnionych. Co prawda słyszał o zwiększonej migracji do miast, ale nie zdawał sobie sprawy ze skali tego zjawiska. Utrata ziemi przez zadłużonych rolników i ranczeryzacja dokonywana przez międzynarodowe korporacje spowodowały, że z wiejskich krajobrazów zaczęły szybko znikać sklepy, szkoły i pozostała infrastuktura uznawana wcześniej za przejaw zrównywania poziomu życia na wsi i w miastach, czyli cywilizacyjnego sukcesu polityki państwa. Dziś tymi samymi słowami buńczucznie nazywany jest proces odwrotny.
W ostatniej chwili dostrzegł chylącą się ku ziemi, niegdyś z pewnością efektowną, konstrukcję przestrzenną z wyblakłym napisem: Witaj w Wyszynie. Samochód przetoczył się jeszcze przez kilkadziesiąt metrów i zatrzymał na podjeździe jakiegoś opuszczonego parterowego budynku. Puste otwory okienne i wystawione z zawiasów drzwi nie zachęcały do zbliżania się do niego. Mimo to Mateusz wysiadł z auta i sięgnął po paczkę papierosów. Palił nadzwyczaj rzadko i to wyłącznie podczas towarzyskich imprez, gdy lekki szum alkoholu w głowie nakazywał wtopić się w zachowanie otoczenia. Teraz jednak chciał zyskać kilka minut na zastanowienie się, co robić dalej. Nie do końca nawet wiedział, po co tu przyjechał. Zaniedługo zapewne stanie u progu domu zapamiętanego z dzieciństwa, zadzwoni do drzwi i... No właśnie. Co powiedzieć temu, kto je otworzy? Jeśli będzie to Jerzy, niechybnie padną sobie w objęcia. Ale co dalej? Jak wytłumaczyć mu swój nagły, niezapowiedziany przyjazd? Rozejrzał się po okolicy i z daleka dostrzegł lipową aleję, na końcu której powinna znajdować się tak ważna cząstka jego wspomnień. Teraz zrozumiał, że przez całe dorosłe życie tęsknił za tym miejscem, za jego minionością. Czas szczęśliwego dzieciństwa zamknął w sobie spektrum barw, zapachów i ulubionych zabaw, stając się trudno dostępną enklawą. Dziś zamierzał znów do niej wkroczyć: ostrożnie, trochę wstydliwie, ale bez zbędnego ociągania się.
- Ciekawe, czy ten świerk jeszcze tam jest - półgłosem skomentował jeden z powracających obrazów przeszłości. Wciągając teraz w płuca drapiący dym dostrzegł jakiś ruch przy murowanej ruinie, będącej niegdyś, jak głosił ledwo widoczny napis na ścianie, wiejską świetlicą. Postąpił kilka kroków w jej kierunku, gdy nagle z otaczającego ją z prawej strony szpaleru gęstych zarośli wyskoczył duży czarny pies. Warcząc i groźnie szczerząc zęby zatrzymał się tuż przed Mateuszem, jawnie deklarując gotowość do ataku. Naprężone mięśnie podenerwowanego zwierzęcia zwiotczały natychmiast w reakcji na posłyszane zawołanie.
- Ursus, do nogi! - kobiecy głos dobiegł tuż zza budynku. Pies posłusznie acz niechętnie odwrócił się i skierował ku wyłaniającej się sylwetce.
- Nie zna pani zasad wyprowadzania psów w miejscach publicznych? - urzędowo wycedził przez zęby Mateusz. - Jeszcze chwila i bym go zastrzelił - dopowiedział zdejmując dłoń z odpiętej już kabury.
Młoda, dwudziestokilkuletnia kobieta, stała przed nim jak uczeń przed surowym nauczycielem. Zdążyła już założyć psu smycz i nakazała pozycję "waruj", którą przyjął bez oznak sprzeciwu.
- Bardzo pana przepraszam. Tu z reguły nikogo nie ma, więc daję Ursusowi trochę wolności. Zresztą to spokojny pies, szczeka tylko na... - tu zawahała się - ...na funkcjonariuszy państwowych.
W jej głosie przestrach mieszał się z pewną dozą ironii, która - o dziwo - spowodowała, że Mateusza opuściła złość. Być może zadziałała tu nade wszystko uroda dziewczyny. Spod opuszczonej głęboko na uszy zimowej czapki patrzyła na niego piękna twarz. Twarz z jego snów. Mężczyzna poczuł intensywne mrowienie w całym ciele, a żołądek zdawał się wywrócić do góry nogami i uparcie trwać w takiej pozycji. W jednej chwili stopniała cała policyjna kategoryczność Mateusza. Ogarnęła go za to złość na samego siebie. - Ta parszywa robota zbyt mocno skróciła mój emocjonalny lont - szybka refleksja przemknęła mu po głowie.
- Cóż, pies nie pomylił się. W rzeczy samej jestem policjantem, ale dziś nie chcę o tym pamiętać. Przyjechałem tu do rodziny - te trzy zdania wypowiedział już na głos, a jego ton w niczym nie przypominał tego sprzed dwudziestu sekund.
- Tak? A do kogo? - dziewczyna wyglądała na mocno zdezorientowaną. Mimowolnie cofnęła się o kilka kroków i poluzowała smycz. Ursus znów wściekle warknął na Mateusza.
- Mieszka tu mój kuzyn, Jerzy Twardowski. A przynajmniej mam nadzieję, że mieszka.
Zdawało mu się, że na dźwięk podanego nazwiska twarz młodej kobiety jakby stężała, choć mimo to niczego nie straciła ze swojego uroku. Nieznajoma coś niezrozumiale bąknęła pod nosem i odwróciła się na pięcie. Zaczęła oddalać się od Mateusza wolnym krokiem. Zbyt wolnym, by nawet jako tako doświadczony policjant nie odczytał takiego zachowania jako próby nierzucającej się w oczy panicznej ucieczki. Zanim zniknęła za rogiem budynku niegdysiejszej świetlicy, wyjęła coś z kieszeni kurtki i szybkim ruchem przyłożyła to do ucha. - Ciekawe, kogo przede mną ostrzega - Mateusz przez dłuższą chwilę wpatrywał się w punkt, w którym zniknęła jego niespodziewana rozmówczyni. Sam nie wiedział, co go bardziej zainspirowało w kobiecie: jej czarująca uroda czy tajemnica, którą teraz unosiła ze sobą w nieznane.
cdn.
Każda sobota była świętem państwowym, a Mateusz Tvardovsky - jako młodszy oficer śledczy - większość takich dni miał wolnych. Zresztą spora część obywateli Rzeczypospolitej Przyjaciół korzystała z tego dobrodziejstwa. Pracowali tylko najbiedniejsi, wykonujący najprostsze prace. Mateusz dobrze znał to środowisko, bo to głównie z niego rekrutowali się jego "klienci". Tak, tam gdzie bieda, tam i przestępstwo.
Choć było dość zimno, wyszedł na balkon, by zapalić papierosa. Sam nie wiedział, skąd wziął się u niego ten nawyk. Podejrzewał, że wyniósł go z domu rodzinnego. Właśnie tak postępował dziadek, gdy znajdował się w polu widzenia babci. Dla świętego spokoju wychodził przed dom i na ławeczce pod wierzbą kurzył swoją starą fajkę. Oj, wydobywał się z niej piękny zapach! Mateusz dobrze zapamiętał dom dziadków, wszak spędził w nim swoje wczesne dzieciństwo. Rósł przed nim niewielki świerk, na którym raz do roku cała rodzina zawieszała różne świecidełka. Wtedy było im bardzo wesoło. We wspomnieniach utkwił mu obraz kolorowych pudełek z prezentami i cała gama zapachów dziś już nigdzie niedostępnych. Niepokoił go tylko brak chanukowego świecznika. Nie mógł go odnaleźć w tych swoich retrospekcjach, a przecież dziadkowie musieli go mieć, skoro zimą świętowali całą liczną rodziną.
Nie zdążył dopalić papierosa, gdy usłyszał dzwonek telefonu. Spojrzał na wyświetlający się numer. Dobijał się ktoś z firmy. Nie spieszył się z podjęciem rozmowy. Zaczekał na rozłączenie sygnału i po chwili sam oddzwonił. W słuchawce usłyszał podenerwowany głos swojego bezpośredniego zwierzchnika, Zacha Szapiry. Ten kazał mu natychmiast wsiąść do samochodu i przyjechać na ulicę Mosze Dajana 13. - Nie wiem, czy to sprawa dla nas, czy dla politycznych. Rozejrzyj się na miejscu, i jakby co, wal do nich.
Ta dzielnica najlepsze czasy miała już dawno za sobą. Posępne dziś kamienice wybudowano z dwieście lat temu, kiedy w mieście gwałtownie rozwijał się przemysł chemiczny, a ten potrzebował całej masy robotników. Tu nigdy nie było zbyt pięknie, ale teraz sceneria tego miejsca bardziej przypominała dawno nie opróżniany zsyp na śmieci niż obszar zamieszkiwany przez ludzi. Niewiele budynków nosiło ślady starego otynkowania. Co prawda niektóre z nich jeszcze posiadały resztki rzadko obecnie już spotykanych wiekowych ornamentów, ale potrzeba było sporej wyobraźni, by uchwycić ich miniony urok. Teraz zamieszkiwane były przez postchrześcijański lumpenproletariat, nie mający zezwolenia na osiedlanie się w innych, bardziej dystyngowanych częściach miasta. W dużej części były to rodziny uczestników antysemickiego tumultu, który wybuchł ponad trzydzieści lat temu i został krwawo spacyfikowany. Nieufni wobec obcych trzymają się razem i są wylęgarnią wszelkich patologii. Mateusz często w tej dzielnicy bywał. Oczywiście nie dla przyjemności. Wzywały go tutaj obowiązki, czyli przestępstwa, a jeszcze dokładniej mówiąc - praca polegająca na wykrywaniu ich sprawców. A z tym bywało różnie. Miejscowi niechętnie współpracowali z policją. Nic zresztą dziwnego, w prawie każdej zamieszkującej tu rodzinie ktoś był notowany. Jedyne, co zawsze zastanawiało Mateusza, to nazwa tutejszej głównej ulicy. Komu przyszło do głowy, by nazwać ją imieniem jednego z najbardziej czczonych bohaterów Rzeczypospolitej Przyjaciół, czyli Mosze Dajana?
Kamienica oznaczona ledwie trzymającą się muru tabliczką z numerem trzynastym sprawiała wrażenie trzęsącej się w posadach. Większość okien pozbawiona była szyb. W ich miejsce ktoś mało fachową ręką poprzybijał kawałki jakichś sklejek i dykt. Mimo to budynek z pewnością był zamieszkały. Z prowizorycznego komina wystającego z bocznej ściany poddasza nieśmiało unosiła się smużka dymu. Gdzieś zaszczekał pies. Mateusz potknął się o leżący w bramie fragment przerdzewiałej stalowej rynny. Kopnął go ze złością. Przy schodach czekał na niego umundurowany policjant, który poprowadził go na pierwsze piętro. W momencie, gdy mijali jakieś drzwi, uszy Mateusza uchwyciły melodię cichutko wyśpiewywaną starym, kobiecym głosem. Był pewien, że nie usłyszał jej pierwszy raz w życiu. Na chwilę przystanął, a pamięć przeniosła go do czasów dzieciństwa. Oczami wyobraźni zobaczył babcię. Tak, to ona czasem śpiewała mu tę piosenkę. "Ze skowronkami poszliśmy do pracy i spać pójdziemy o wieczornj zorzy...". Tylko tyle z niej zapamiętał. Szkoda, bo była piękna.
-To tutaj - towarzyszący mu policjant zatrzymał się przed mieszkaniem, które było celem ich krótkiej wędrówki.
To była klasyczna melina. Przysłowiowe smród, brud i ubóstwo. Pośrodku pokoju, pomiędzy mnóstwem kartonów, leżał przewrócony biały plastikowy stolik skradziony zapewne z jakiegoś kawiarnianego letniego ogródka. Pod nim znajdowało się ciało mężczyzny wyglądającego na kloszarda. Na to przynajmniej wskazywała jego brudna i byle jak podreperowana, mocno znoszona odzież. Kuchenny nóż wbity w okolicach serca nie pozostawiał wątpliwości co do przyczyny zgonu.
- Morderstwo typowe dla tej dzielnicy. Bandziorskie porachunki, panie podkomisarzu. Zdjęcia już zrobione, a koroner zaraz tu będzie - rzekł umundurowany policjant.
Mateusz tylko pokiwał głową. Znał tę procedurę na pamięć. Nikogo nie obejdzie śmierć tego człowieka. Liczy się tylko statystyka wykrywalności sprawców przestępstw, więc winny zostanie skazany. Winny rzeczywisty lub ktoś stąd, ktoś, komu ta zbrodnia zostanie przypisana. Tak czy owak społeczeństwo będzie szczęśliwsze bez dwóch, jak to ich nazywano w branży, chwastów.
Zapisał parę zdań w swoim notatniku i rutynowo rozejrzał się po pomieszczeniu. Zza szafy wystawał fragment ramy obrazowej. Lekko pchnął mebel i odsłonił stary zakurzony oleodruk przestawiający chłopca trzymającego baranka na rękach. Obok stał mężczyzna zajęty obróbką drewna, a jakaś kobieta przędła nić z wrzeciona. O dziwo, skądś znał ten obraz! Tak, tkwił on gdzieś w zakamarkach Mateuszowej pamięci, choć na tę chwilę pozostawał niedostępny. W ciągu kilku ostatnich minut podinspektor dwukrotnie doznał swoistego déjà vu. To coś nieoczekiwanie przytrzymało go na dłużej na miejscu zbrodni. Znów podszedł do leżącego ciała i tym razem pochylił się nad nim. Denat miał starannie wypielęgnowane paznokcie, był dokładnie ogolony, a o jego fryzurę najpewniej dbał niezgorszy fryzjer. Z tą obserwacją kłóciły się tylko łachmany, w które był ubrany. Tuż przy jego prawym uchu, w szparze między deskami podłogi, tkwił na sztorc mały kartonowy obrazek. Mateusz sięgnął po niego pincetą. Po jednej stronie widniał uskrzydlony rycerz w błękitnej zbroi, a po drugiej dwa rzędy pustych kratek. To znaczy prawie pustych. Pierwszy rząd składał się z czterech kratek. W drugiej od końca ktoś wpisał ołówkiem literę "U". Poniżej, w drugim rzędzie, było tych kratek pięć. Środkową wypełniała litera "L".
II. Panujący w galerii handlowej gwar ludzki zwykle dotąd uspokajał Mateusza. Ilekroć przychodził tutaj, zawsze udawało mu się odzyskiwać wewnętrzną równowagę zachwianą przeżyciami związanymi ze służbą. Wydział kryminalny to nie piaskownica. Wiedział o tym od samego początku, czyli od pierwszego dnia, kiedy to inicjacyjnie przekroczył próg komisariatu. Przez tych ostatnich dziesięć lat napatrzył się co niemiara na ludzkie tragedie i tylko zewnętrzny rozgardiasz pozwalał mu zagłuszać zgrzytliwy akord rozkołatanych nerwów. W pustym mieszkaniu nigdy mu się to nie udawało. Przez panującą w nim ciszę dopadał go krzyk każdej ofiary, każdego znalezionego ciała. Potrzebował i długo szukał bodźców zewnętrznych przywracających mu wewnętrzny spokój. Znalazł je tu, w miejscu bogatym w dźwięki i ruch.
Tego dnia był jednak wyjątkowo niespokojny, a galeryjne remedium jakoś nie potrafiło wykazać się dotychczasową skutecznością. Błąkał się bez celu, po kilka razy wchodził do tych samych sklepów. Wszyscy go tam znali z takiego właśnie zachowania, więc nie wzbudzał żadnego zainteresowania służb ochronnych. Przed oczyma wciąż miał zwłoki z ulicy Dajana, a jego myśli natrętnie kazały mu powracać do wstępnego raportu koronera. Zamordowany miał około trzydziestu, trzydziestu pięciu lat. Wydaje się, że był mężczyzną rasy białej. Śmierć zadano mu jednym ciosem. Tkwiący w ciele kuchenny nóż przebił lewą komorę serca i spowodował natychmiastowy zgon. Standard. Mateusz znał na pamięć takie opisy. Ten przypadek różnił się jednak od innych. Ofiara była osobą zadbaną, dobrze odżywioną, najwyraźniej prowadzącą zdrowy tryb życia. Te spostrzeżenia koronera nie pasowały do okoliczności, w których ją znaleziono. No i ta brudna, obszarpana odzież. Nie to jednak najbardziej zaskoczyło patologa. Zamordowany nie miał chipa! Ba, nie miał żadnej blizny między palcem wskazującym a kciukiem prawej dłoni, ani milimetra świadczącego o dokonanym w tym miejscu chirurgicznym nacięciu, mogącym świadczyć o uprzednim usunięciu mikroprocesora. Dla koronera była to sytuacja bezprecedensowa, więc dodatkowo wykonał rentgenogram oraz skanowanie obu dłoni. Ani śladu po jakiejkolwiek wcześniejszej obecności chipa! Była to okoliczność uprawdopodobniająca przestępstwo o charakterze antypaństwowym, a w takich przypadkach policyjna procedura obligowała Mateusza do przekazania dochodzenia wydziałowi politycznemu. Zanim to jednak zrobił, mimowiednie skopiował wszystkie dostępne mu materiały z tej sprawy. Wśród nich znajdował się także opis metalowego, bezwartościowego wisiorka znalezionego na szyi ofiary. Koroner zasugerował, że był on typowy dla pogańskich buntowników spacyfikowanych doszczętnie przed trzydziestu laty i przedstawiał matkę religijnego przestępcy imieniem Joszua, do którego oni się modlili. I to właśnie ten przedmiot najbardziej nie dawał spokoju Mateuszowi. Coś mu on przypominał.
Wszedł do jakiegoś sklepiku i sięgnął po sok cytrynowy. Przy ladzie położył dłoń na terminal płatniczy. Żadnej reakcji urządzenia. Udało się za czwartym razem.
- Kiedy wreszcie wymieni pan ten stary złom na nowy model z bajerami, inspektorze? - z uśmiechem zapytał sprzedawca.
Mateusz jednak go nie usłyszał. Całą swoją uwagę skoncentrował na dwóch przyglądających mu się osobnikach. - Polityczni koszerni - mruknął pod nosem. Już jako młody policjant nasiąknął niechęcią do służb niechybnie reprezentowanych przez dwóch kruczowłosych osobników, chłonąc od starszych stażem kolegów niezliczoną ilość historyjek opisujących działania funkcjonariuszy elitarnej tajnej policji politycznej. Kolejne lata służby tylko potwierdziły słuszność tych opowieści. Co prawda tylko kilkakrotnie bezpośrednio zetknął się z bezpieczniakami, ale zawsze były to dla niego kontakty ze wszech miar dojmujące. Działo się tak za każdym razem, gdy przejmowali jego śledztwa. Ni stąd, ni zowąd zjawiali się już w prologach najbardziej zagadkowych dochodzeń, bezceremonialnie każąc mu iść do diabła i zająć się ściganiem sklepowych złodziei. Nieodstępująca ich na krok cyniczna buta wywoływała u Mateusza trudno hamowaną chęć natychmiastowego skręcenia im karków. W takich chwilach zasychało mu w gardle ze wściekłości zmieszanej z poczuciem całkowitej bezradności. To oni mieli nad nim niepodważalną przewagę: wiedział, że w każdym momencie mogą przystawić mu lufę pistoletu do czoła, bezkarnie nacisnąć cyngiel i bez pośpiechu odejść z miejsca zdarzenia, choćby nawet było nim jego osobiste biuro w komisariacie. Nikt z kolegów nie ruszyłby palcem w bucie, a całe zajście zostałoby chłodno opisane w raporcie jako atak jakiegoś zaaresztowanego przestępcy. Mateusz słyszał o takich wypadkach i nie miał żadnych wątpliwości, że nie były to zwykłe "policyjne legendy".
Teraz dwóch bezpieczniaków stało kilka metrów od niego. - Pewnie mają tu jakąś robotę do wykonania - pomyślał i kątem oka rozejrzał się po sklepie. W najbliższym otoczeniu nie zauważył jednak nikogo, a uważne spojrzenia tajniaków obejmujące jego sylwetkę zaczęły budzić uzasadnione podejrzenie, że to właśnie od niego czegoś chcą. Po chwili uzyskało ono ostateczne potwierdzenie, gdy obaj stanęli tuż przy nim.
- Napije się pan z nami kawy, podkomisarzu? - wycedził bezbarwnym głosem jeden z tajniaków. Choć literalnie było to tylko pytanie, to Tvardovsky nie miał wątpliwości, że wybrzmiało ono jak imperatyw. Szybko próbował ocenić sytuację. Nie był przypadkowo napotkanym przez nich klientem sklepu, bo w przeciwieństwie do znającego go z widzenia sprzedawcy nie pomylili jego służbowej rangi. Zresztą tylko jako policjant mógł spotkać się z jako takim formalnym ugrzecznieniem z ich strony. Gdyby był zwykłym obywatelem podejrzewanym przez nich o jakiekolwiek wykroczenie, już leżałby na posadzce i zapoznawał się z zimowym błotem naniesionym przez kupujących. Bez przekonania kiwnął akceptująco głową, szukając w niej ewentualnych powodów niechybnie zbliżających się kłopotów.
Usiedli przy stoliku restauracji przez przepierzenie sąsiadującej ze sklepem. Starszy z tajniaków, o haczykowato zagiętym nosie i przymrużonych oczach zdradzających wrodzoną podejrzliwość, szybkim ruchem machnął służbową legitymacją Miszteret Polin.
- Jestem Samuel Szoken z północnego dystryktu warszawskiego. Zapewne dziwi się pan, dlaczego spotykamy się własnie tutaj, a nie przyszliśmy do pańskiego biura lub nie wezwaliśmy do siebie. Otóż sprawa, dla której tu dziś jesteśmy, jest inna od standardowych. Jest od nich bardziej - tu zawiesił swój słowotok, jakby szukał odpowiedniego słowa - błaha. Tak, na tyle nieistotna, że odeszliśmy od zwykłego trybu. Po prostu chcemy, by pan o czymś zapomniał, a kameralne okoliczności mają w tym panu pomóc. Czy to jasne? - Szoken podniósł filiżankę do ust i łapczywie wypił całą jej zawartość, przełykając mało estetycznie.
Mateusz, wciąż milcząc, kolejny raz skinął głową. Na przekór uczynionemu gestowi niczego nie rozumiał. Przez skórę czuł, że dzieje się coś niedobrego. Tajniacy musieli deptać mu po piętach od momentu opuszczenia komisariatu i wkroczyli do akcji w okolicznościach, które uznali za wygodne dla nich. Nietypowość sytuacji w żadnym razie nie potwierdzała jej deklarowanej błahości. Wprost przeciwnie - musiała być niezwykle ważna, skoro nie miał pozostać po niej żaden formalny ślad. Potaknięcie Tvardovsky'ego zostało zinterpretowane przez Szokena za oznakę słabości i poddaństwa. Przez chwilę chciwie wsłuchiwał się w takty melodii klezmerskiej dobywającej się z niewidocznych kawiarnianych głośników. Widać było, że z ukontentowaniem pomrukuje sobie pod nosem.
- Jak dobrze wiesz, przejęliśmy sprawę z ulicy Dajana. Szybko ustaliliśmy, że było to samobójstwo jakiegoś zwykłego degenerata mającego problemy z narkotykami. Zeznania osób przesłuchanych były co do tego zbieżne, więc wczoraj zamknęliśmy dochodzenie - tym razem odezwał się z drugi z tajniaków, młodszy i sprawiający wrażenie zwykłego osiłka. Mateusz z niepokojem przyjął to zwrócenie się na "ty". Skrócenie dystansu miało nie tylko aspekt psychologiczny, ale zwiastowało przeniesienie rozmowy na inny poziom. To stara metoda stosowana od wieków przez wszelakie służby o charakterze policyjnym.
- Widzisz, Matanjah - pałeczkę prowadzenia rozmowy przejął ponownie Szoken - do tej pory nie wykonywałeś chaotycznych ruchów, gdy to my przejmowaliśmy wasze śledztwa. Robiłeś wszystko, jak trzeba. W tej sprawie z Dajana pierwszy raz postąpiłeś wbrew procedurom. Oczywiście usunęliśmy już wszystkie zdjęcia z twojego prywatnego multiXa, ale nasz niesmak pozostał.
- W jakim celu je zrobiłeś? - dorzucił osiłek, a jego ton niepokojąco zmienił się w napastliwy.
Gdyby tajniacy znali wcześniej Mateusza, wiedzieliby zapewne, że jego lekko uniesiona prawa brew jest nieomylną oznaką maksymalnego skupienia. Policjant przez chwilę analizował wszystko to, co dotąd usłyszał. Starszy tajniak nazwał go Metanjahem, czyli hebrajską wersją imienia. Dał mu w ten sposób ironicznie do zrozumienia, że funkcjonując jako "chrześcijański" Mateusz należy do niższej, pozbawionej szczególnego uprzywilejowania, warstwy społecznej. To było niezwykle czytelne ostrzeżenie. Tvardovsky wiedział, że nie może wyprzeć się faktów, więc postanowił naiwnie je interpretować, udając zastraszoną niezgułę. Zaczął bąkać coś o swoich zawodowych ambicjach, o gorliwości i chęci ciągłego zawodowego rozwoju. Sugestywnie przekonywał, że tamta sprawa wydała mu się na tyle interesująca, by ją zapamiętać i zawiadomić policję polityczną, gdyby tylko w przyszłości natrafił na podobną. Nieśmiało dopowiedział o swoim rzekomym marzeniu: podjęciu służby w bezpieczeństwie i chęci wykazania się przed przyszłym pracodawcą. Szoken uważnie przypatrywał się uzewnętrzniającemu się Mateuszowi, tym razem wolno sącząc zamówioną w międzyczasie kolejną kawę.
- Powiedzmy, że ci wierzę. Przynajmniej na tę chwilę. Sam dobrze wiesz, że potrafimy być nieprzyjemni, gdy dobro państwa jest zagrożone - końcowe słowa wypowiedział cedząc przez zęby ostatni łyk wraz z fusami. - Dam ci przyjacielską radę. Wymień wreszcie swojego starego czipa na najnowszy model służbowy. Osobiście dopilnuję, by stało się to poza obowiązującą kolejką. Dzięki temu unikniesz w przyszłości spotkań takich, jak to dzisiejsze - dopowiedział wstając z wolna z krzesła.
- I zapomnij o Marczaku - syknął na odchodne osiłek, gryząc się od razu w język czując na sobie wściekłe spojrzenie Szokena.
Tvardovsky wciąż odgrywał swoją rolę, zmuszając się, by w oczach pojawiły się łzy oznaczające krańcowy przestrach. Z maską zdeprymowanego młokosa przyłapanego na podglądaniu sąsiadki wyszedł na ulicę i pospiesznym krokiem skierował się ku domowi.
III. Od sześciu lat mieszkał w apartamentowcu usytuowanym na prestiżowym osiedlu dzielnicy Łosia Wólka, sąsiadującej z najbardziej ekskluzywną częścią Warszawy - Czosnowem. Jeszcze dwie dekady temu były to podwarszawskie wioski, o których mało kto słyszał. Z nie do końca znanych powodów właśnie tam swego czasu wybuchł boom deweloperski. Od razu Czosnów uczyniono dzielnicą zamkniętą, zawarowaną dla elity elit Rzeczpospolitej Przyjaciół. Osiedlenie się w niej było trudno dostępnym przywilejem. Formalnego zezwolenia udzielał urząd meldunkowy miasta stołecznego, ale w jego dokumentach próżno było szukać jakiegokolwiek kryterium do spełnienia przez początkowo licznych chętnych. Decyzje odmowne były standardem, więc po paru latach do ratusza przestały napływać wnioski "z ulicy". Obiegowa plotka głosiła, że czosnowianinami zostawało się... na zaproszenia. Nie rozstrzygała ona wprawdzie, kto je wystosowywał i czym na nie można było sobie zasłużyć, ale Mateusz zasłyszał tu i ówdzie, że za wszystkim stała jakaś ukryta koteria. Nigdy zresztą nad tym głębiej nie zastanawiał się. Po ukończeniu szkoły policyjnej i otrzymaniu angażu w Warszawie natknął się na reklamę nowo budowanych apartamentowców w Łosiej Wólce. Pojechał tam, obejrzał okolicę i wpłacił zadatek.
Teraz leżał na wersalce z poduszką umieszczoną pod głową. Nie mógł poradzić sobie z gonitwą myśli. Nie zauważał nawet głośnej muzyki dobiegającej z sąsiedniego mieszkania od niedawna zajmowanego przez jakiegoś bogatego studenta z Afryki. Wciąż przeżywał to, co wydarzyło się przed dwiema godzinami. Któryś raz z rzędu analizował przebieg niecodziennego spotkania z bezpieczniakami. Chwilami był zły na siebie. - Zbyt szybko pokazałem im miękkie podbrzusze. Mogłem udać oburzenie i kategorycznie zażądać wyjaśnień - masochistycznie zarzucał sobie zwykłe wazeliniarstwo, wszak w policyjnym środowisku niezmiennie cieszył się opinią twardziela z charakterem. Zaraz potem przeganiał te depresyjne myśli i stawał się dumny z obrania właściwej taktyki. Na przemian ganił się i chwalił. W końcu uznał, że zrobił, co mógł. Najważniejsze, by dali mu spokój.
Wszedł do kuchni. Machinalnie otworzył drzwi lodówki. Na jednej z półek czekał roślinny befsztyk, o którym marzył jeszcze kilka godzin temu. Ledwie zwalczając odruch wymiotny szybko odwrócił się na pięcie. Łyknął jakąś tabletkę przeciwbólową i powrócił na wersalkę. Przymknął oczy i opanowawszy emocje wreszcie przeskoczył w tryb chłodnej policyjnej kalkulacji. Doszedł do kilku ważnych wniosków. Sprawa z ulicy Dajana od początku wydała mu się niecodzienna, a zachowanie funkcjonariuszy Miszteret Polin tylko utwierdziło go w tym przekonaniu. Zabrali mu dochodzenie, usunęli dokumentację z jego osobistego multiXa, a potem próbowali zastraszyć w kawiarni. Sporo tego. Zbyt dużo, by o wszystkim tak po prostu zapomniał. Oczywiście nie miał najmniejszego zamiaru narażać się politycznej policji i drążyć tematu, ale uznał, że powinien udokumentować wszystko to, co w ostatnich godzinach nagle zburzyło jego spokój. Przez chwilę zastanawiał się, jak uczynić to w najbardziej bezpieczny dla siebie sposób. Nagle przypomniał sobie dziecięce zabawy z ojciem, podczas których zapisywali sobie "tajemnice" na... papierze toaletowym. Wyjął z szafy zapasową rolę i odwinął kilka metrów. Ołówkiem zapisał sobie adres z ulicy Dejana, wszystkie szczegóły dotyczące zamordowanego, z pamięci odwzorował znaleziony przy zwłokach obrazek wraz z kratkami i umieszczonymi weń literami. Na koniec naniósł dwa nazwiska: Szoken i Marczak. Przy tym ostatnim postawił wykrzyknik. Papier dokładnie nawinął na rolkę, a tę ustawił obok innej, już używanej. Był pewny, że nikt się do niej nie dobierze.
Nazajutrz wstał bardzo wcześnie. Już dawno zaplanował wyjazd nad Bałtyk w te wolne chanukowe dni. Lubił zapach zimowego morza, a że zbyt religijny nie był, to zarezerwował pobyt w jednym w sopockich pensjonatów. Uważnie przeskakiwał wzrokiem po wieszakach i półkach, by nie pominąć niczego podczas pakowania walizki. Targany emocjami nie był w stanie zrobić tego wczoraj. Już prawie skompletował bagaż, przypomniał sobie o rękawiczkach. Miał takie puchowe, które otrzymał kiedyś od matki. Otworzył jedną z szuflad i głęboko w niej pogrzebał. Natknął się na stary album ze zdjęciami, do którego nie zaglądał od tragicznej śmierci rodziców. Uczył się w liceum, gdy jego świat rozpadł się w drobny mak. Odtąd każde ich wspomnienie wywoływało ból nie do zniesienia. Dziwne, ale właśnie teraz poczuł nieodpartą potrzebę zanurzenia się w minionej szczęśliwej przeszłości. Na jednej z fotografii ujrzał siebie jako małego chłopca niezgrabnie trzymającego hulajnogę, stojącego z mamą i tatą na tle domu dziadków. Na ten widok ogarnęło go nieznane mu dotąd podniecenie. Zapragnął być tam znowu, teraz. Szybko chwycił bagaże i zjechał windą. Wsiadł do samochodu i ustawił nawigację. Nie wybrał jednak planowanej wcześniej drogi E77, ale punkt docelowy położony w prostej linii jakieś dwieście kilometrów na zachód od Warszawy.
Zanim wyjechał na trasę E30 zatrzymał się w Błoniu tuż przed sklepem Srul's Kosher Food. Sam nie zwracał zbytnie uwagi na to, co je. Był mężczyzną samotnym, w przeszłości ledwie dotknął paru związków z płcią piękną, a tacy jak on z reguły kulinarnie zaniedbywali się. Owszem, jego szafki kuchenne mieściły wszystko to, co potrzebne jest do gotowania i smażenia, ale większość z nich nigdy dotąd nawet nie miało okazji do rozgrzania się. Wszystko co jadał na ciepło, rodziło się szybko i bezboleśnie w zwykłej mikrofali. Nie zawracał sobie głowy koszernością bądź jej brakiem. Choć jako oficer policji miał możliwość dokonywania zakupów w sieci SKF, to jednak zaglądał tam tylko sporadycznie, głównie po to, by zaopatrzyć się w zapas swoich ulubionych Cadyczków, ciasteczek z prażonymi ziarnami słonecznika. Miał do nich słabość zakorzenioną hen we wczesnym dzieciństwie. Nigdy nie zatarł się w jego pamięci obraz tychże smakołyków prawie że zawsze obecnych na kredensie u dziadków. Wciąż dobrze pamiętał ich zapach i smak, a także dziecięcą ekscytację, gdy cichaczem sięgał po nie poza kontrolą dorosłych. Teraz wolno przechadzał się między sklepowymi półkami wcale nie zwracając uwagi na swoje ulubione ciasteczka. Nie wiedział, czego szuka. Nie minęła jeszcze godzina odkąd impulsywnie zaświtała mu głowie brawurowa myśl o odwiedzeniu dawnego domu dziadków. To dla niej alogicznie zarzucił dawno zaplanowany wyjazd nad morze. Coś z potężną mocą pchnęło go ku światu, który dawno odszedł. Nie ma tam już dziadków, nie ma rodziców. Co pozostało? Na pogrzebie rodziców zamienił kilka zdawkowych zdań z Jerzym, swoim starszym o kilka lat kuzynem. We wczesnym dzieciństwie spotykali się w domu dziadków, wszak ich ojcowie byli braćmi. Potem te familijne więzi niespodziewanie rozluźniły się. Obaj bracia co prawda wciąż wraz z rodzinami spędzali tam część wakacji, ale planowali je tak, by mijać się terminami. Mateusz był wówczas zbyt młody, by zastanawiać się nad tą zmianą. Ba, dostrzegł ją dopiero po latach i nijak nie rozumiał. To na cmentarzu usłyszał od kuzyna, że ten odzyskał dom dziadków i właśnie się do niego wprowadził. Czy jednak nadal w nim mieszka? Mateusz dopiero teraz zdał sobie sprawę, że przez osiem lat wiele mogło się wydarzyć. A co jeśli okaże się, że swoją akrobatyczną podróż zakończy u drzwi zupełnie obcych, nieznanych sobie ludzi? - Co będzie, to będzie - pomyślał policjant. - Zaufam intuicji do końca - ostatnie słowa wypowiedział półszeptem, ale stanowczo, jakby chciał pochwycić uchem własną determinację i nakarmić się nią.
Do sklepowego koszyka w końcu włożył smukłą butelkę ziemniaczanej Cymer Kosher, zestaw słodkości z Kopernika, trzy paczki papierosów Noblesse i kilka Cadyczków na wypadek, gdyby w domu kuzyna były małe dzieci. Przy kasie znów miał drobny problem z płatnością, co przypomniało mu o propozycji złożonej dzień wcześniej przez Szokena. - Niech się buja - skrzywił się na myśl o niej. Nie żeby czuł jakąś szczególną niechęć do współczesnej bioelektroniki, ale odtąd wszystko, co kojarzyło się z tym konkretnym funkcjonariuszem bezpieki, było dla Mateusza nad wyraz dojmujące.
Równy rytm pracującego silnika na cały czas podróży zastąpił mu dźwięki muzyki, której zwykł słuchać podczas każdorazowej jazdy samochodem. Nie miało to nic wspólnego z wizerunkową narracją konstruktorów niektórych modeli Ferrari przekonujących o wyższości pomruku wydobywającego się spod maski pojazdu nad jakąkolwiek melodią stworzoną przez człowieka lub maszynę. Po prostu dziś chciał jechać we względnej ciszy. Jej potrzebował teraz bardziej niż całej gamy przypadkowych emocji narzucanych mu przez kolejnych kompozytorów. Jednak na tym nie kończył się ciąg zaskakujących akcentów w dzisiejszym zachowaniu Mateusza: wyłączył system nawigacyjny i usunął wcześniejsze ustawienia. Tuż przed podróżą przyjrzał się papierowemu wydaniu mapy samochodowej i zapamiętał najważniejsze punkty orientacyjne. Sam nie wiedział, dlaczego tak postąpił.
Za jednym ze skrzyżowań szeroka zrazu asfaltówka zamieniła się w pokiereszowaną lokalną drogę przecinającą niekończące się smutne rozłogi opustoszałych pól. Koła samochodu stukały miarowo podskakując na wyboinach ukrytych pod warstwą pośniegowego błota. Mateusz lekko wyhamował z obawy przed wpadnięciem w poślizg. Ruch na drodze był minimalny, więc mógł kątem oka obserwować okolicę. Mijał kolejne wioski sprawiające wrażenie wyludnionych. Co prawda słyszał o zwiększonej migracji do miast, ale nie zdawał sobie sprawy ze skali tego zjawiska. Utrata ziemi przez zadłużonych rolników i ranczeryzacja dokonywana przez międzynarodowe korporacje spowodowały, że z wiejskich krajobrazów zaczęły szybko znikać sklepy, szkoły i pozostała infrastuktura uznawana wcześniej za przejaw zrównywania poziomu życia na wsi i w miastach, czyli cywilizacyjnego sukcesu polityki państwa. Dziś tymi samymi słowami buńczucznie nazywany jest proces odwrotny.
W ostatniej chwili dostrzegł chylącą się ku ziemi, niegdyś z pewnością efektowną, konstrukcję przestrzenną z wyblakłym napisem: Witaj w Wyszynie. Samochód przetoczył się jeszcze przez kilkadziesiąt metrów i zatrzymał na podjeździe jakiegoś opuszczonego parterowego budynku. Puste otwory okienne i wystawione z zawiasów drzwi nie zachęcały do zbliżania się do niego. Mimo to Mateusz wysiadł z auta i sięgnął po paczkę papierosów. Palił nadzwyczaj rzadko i to wyłącznie podczas towarzyskich imprez, gdy lekki szum alkoholu w głowie nakazywał wtopić się w zachowanie otoczenia. Teraz jednak chciał zyskać kilka minut na zastanowienie się, co robić dalej. Nie do końca nawet wiedział, po co tu przyjechał. Zaniedługo zapewne stanie u progu domu zapamiętanego z dzieciństwa, zadzwoni do drzwi i... No właśnie. Co powiedzieć temu, kto je otworzy? Jeśli będzie to Jerzy, niechybnie padną sobie w objęcia. Ale co dalej? Jak wytłumaczyć mu swój nagły, niezapowiedziany przyjazd? Rozejrzał się po okolicy i z daleka dostrzegł lipową aleję, na końcu której powinna znajdować się tak ważna cząstka jego wspomnień. Teraz zrozumiał, że przez całe dorosłe życie tęsknił za tym miejscem, za jego minionością. Czas szczęśliwego dzieciństwa zamknął w sobie spektrum barw, zapachów i ulubionych zabaw, stając się trudno dostępną enklawą. Dziś zamierzał znów do niej wkroczyć: ostrożnie, trochę wstydliwie, ale bez zbędnego ociągania się.
- Ciekawe, czy ten świerk jeszcze tam jest - półgłosem skomentował jeden z powracających obrazów przeszłości. Wciągając teraz w płuca drapiący dym dostrzegł jakiś ruch przy murowanej ruinie, będącej niegdyś, jak głosił ledwo widoczny napis na ścianie, wiejską świetlicą. Postąpił kilka kroków w jej kierunku, gdy nagle z otaczającego ją z prawej strony szpaleru gęstych zarośli wyskoczył duży czarny pies. Warcząc i groźnie szczerząc zęby zatrzymał się tuż przed Mateuszem, jawnie deklarując gotowość do ataku. Naprężone mięśnie podenerwowanego zwierzęcia zwiotczały natychmiast w reakcji na posłyszane zawołanie.
- Ursus, do nogi! - kobiecy głos dobiegł tuż zza budynku. Pies posłusznie acz niechętnie odwrócił się i skierował ku wyłaniającej się sylwetce.
- Nie zna pani zasad wyprowadzania psów w miejscach publicznych? - urzędowo wycedził przez zęby Mateusz. - Jeszcze chwila i bym go zastrzelił - dopowiedział zdejmując dłoń z odpiętej już kabury.
Młoda, dwudziestokilkuletnia kobieta, stała przed nim jak uczeń przed surowym nauczycielem. Zdążyła już założyć psu smycz i nakazała pozycję "waruj", którą przyjął bez oznak sprzeciwu.
- Bardzo pana przepraszam. Tu z reguły nikogo nie ma, więc daję Ursusowi trochę wolności. Zresztą to spokojny pies, szczeka tylko na... - tu zawahała się - ...na funkcjonariuszy państwowych.
W jej głosie przestrach mieszał się z pewną dozą ironii, która - o dziwo - spowodowała, że Mateusza opuściła złość. Być może zadziałała tu nade wszystko uroda dziewczyny. Spod opuszczonej głęboko na uszy zimowej czapki patrzyła na niego piękna twarz. Twarz z jego snów. Mężczyzna poczuł intensywne mrowienie w całym ciele, a żołądek zdawał się wywrócić do góry nogami i uparcie trwać w takiej pozycji. W jednej chwili stopniała cała policyjna kategoryczność Mateusza. Ogarnęła go za to złość na samego siebie. - Ta parszywa robota zbyt mocno skróciła mój emocjonalny lont - szybka refleksja przemknęła mu po głowie.
- Cóż, pies nie pomylił się. W rzeczy samej jestem policjantem, ale dziś nie chcę o tym pamiętać. Przyjechałem tu do rodziny - te trzy zdania wypowiedział już na głos, a jego ton w niczym nie przypominał tego sprzed dwudziestu sekund.
- Tak? A do kogo? - dziewczyna wyglądała na mocno zdezorientowaną. Mimowolnie cofnęła się o kilka kroków i poluzowała smycz. Ursus znów wściekle warknął na Mateusza.
- Mieszka tu mój kuzyn, Jerzy Twardowski. A przynajmniej mam nadzieję, że mieszka.
Zdawało mu się, że na dźwięk podanego nazwiska twarz młodej kobiety jakby stężała, choć mimo to niczego nie straciła ze swojego uroku. Nieznajoma coś niezrozumiale bąknęła pod nosem i odwróciła się na pięcie. Zaczęła oddalać się od Mateusza wolnym krokiem. Zbyt wolnym, by nawet jako tako doświadczony policjant nie odczytał takiego zachowania jako próby nierzucającej się w oczy panicznej ucieczki. Zanim zniknęła za rogiem budynku niegdysiejszej świetlicy, wyjęła coś z kieszeni kurtki i szybkim ruchem przyłożyła to do ucha. - Ciekawe, kogo przede mną ostrzega - Mateusz przez dłuższą chwilę wpatrywał się w punkt, w którym zniknęła jego niespodziewana rozmówczyni. Sam nie wiedział, co go bardziej zainspirowało w kobiecie: jej czarująca uroda czy tajemnica, którą teraz unosiła ze sobą w nieznane.
cdn.
Strona
główna
|
Indeks
tekstów
|
Indeks
nazwisk
|
Zagopedia!
|
Do czytelników: stąd
zacznijcie podróż po tym serwisie! Od prawie czterdziestu lat inwentaryzuję aktywność tajnych związków działających w polskiej przestrzeni publicznej, zarówno politycznej, jak i eklezjalnej. Ostatnią dekadę poświęciłem przede wszystkim odszukaniu odpowiedzi na następujące pytanie: jak to możliwe, że zmiany, które wprowadzono w Kościele w Polsce po Soborze Watykańskim II, nie spotkały się nie tylko z żadnym stanowczym sprzeciwem, ale nawet z jakąkolwiek kontestacją ze strony osób posiadających odpowiedni do tego autorytet i kompetencje. Posoborową rewolucję zaakceptowała cała kościelna hierarchia, funkcyjni duchowni szkół wszystkich rodzajów i poziomów, zwierzchnicy zakonów i zgromadzeń zakonnych żeńskich i męskich, członkowie kapituł katedralnych i rad kapłańskich, administracja kurialna, teologowie duchowni i świeccy. Ku swojemu zdziwieniu zauważyłem, że to temat tabu, że prawie nikt oprócz mnie nie stawia takich pytań. Mało tego, publicznie formułowane przeze mnie wątpliwości natrafiały na mur milczenia, a w krańcowych sytuacjach stawały się obiektem szyderstw. Wcale nie mam tu na myśli reakcji wyłącznie środowisk modernistycznych, ale również tych grup, które usilnie akcentują swoje zakorzenienie w katolickiej Świętej Tradycji. Cóż, sytuacja ta pozytywnie weryfikuje niestarzejącą się metodę kontrolowania przeciwników: jeśli nie możesz zatrzymać ich pochodu, to stań na jego czele. Wiedziony tym doświadczeniem trzymam się za dala od większości tzw. inicjatyw oddolnych. Przed trzema laty natrafiłem na informację o powołanym do życia w 1914 roku Stowarzyszeniu Kapłanów Świeckich Miłości Apostolskiej, zwanych potocznie charystami. Odtąd wszystkie niepokojące mnie wątki dotyczące najnowszej historii Kościoła w Polsce - a do tej pory pozostające z sobą w pewnym nieładzie poznawczym - utworzyły ciąg logicznych powiązań personalno-organizacyjnych, czytelnie ilustrujących przebieg procesów "reformatorskich" przygotowujących kościelną substancję na nadejście teologicznej i liturgicznej "odnowy". Analiza zgromadzonej wiedzy umożliwia mi wnioskowanie, że odpowiedzialność za sprawne wdrożenie reform soborowych, a w ich konsekwencji moralny i instytucjonalny rozkład Kościoła w Polsce, ponoszą duchowni i świeccy zorganizowani w ramach koterii charystycznej (od 1 września 1939 r. niejawnej), działający - według nomenkltury prawnej - wspólnie i w porozumieniu. Ich zaszłą i aktualną aktywność monitoruje niniejszy serwis. Jednocześnie staram się unikać oceny intencjonalności poczynań poszczególnych osób uwikłanych w antykatolicki spisek. Motywacje ich aktywności z pewnością bywały różne: od zamiaru celowego czynienia szkody Kościołowi, przez nieświadome wyrządzenie mu krzywdy w stanie ideowego zbałamucenia, aż do cynicznej gry podjętej w imię osiągnięcia wymiernych partykularnych korzyści. Serwis ten ma charakter publicystyczny, stąd nie wypełnia standardów pracy naukowej. Choć nie jestem zawodowym historykiem, lecz filologiem, to doskonale zdaję sobie sprawę z potrzeby nadania prezentowanej tu wiedzy parametrów badawczych. Jeśli tylko okoliczności mi na to pozwolą, będę czynił to sukcesywnie w formule serii książkowej. Przewiduję, że wśród czytelników tego serwisu znajdą się osoby lepiej obeznane, potrafiące uzupełnić zaprezentowane tu przeze mnie wydarzenia o nowe fakty. Za wielce prawdopodobną, a może i nawet pewną, uznaję obecność tutaj byłych bądź wciąż czynnych uczestników rzeczonego sprzysiężenia. Apeluję do nich: sami bądź za moim pośrednictwem ujawnijcie całą prawdę o tym, czego byliście uczestnikami lub świadkami. Być może to Wasza ostatnia szansa, by zadośćuczynić Bogu i ludziom. Gwarantuję Wam całkowitą anonimowość. Credo in Deum Patrem omnipotentem, Creatorem caeli et terrae; et in Iesum Christum, Filium eius unicum, Dominum nostrum; qui conceptus est de Spiritu Sancto, natus ex Maria Virgine; passus sub Pontio Pilato, crucifixus, mortuus, et sepultus; descendit ad inferos; tertia die resurrexit a mortuis; ascendit ad caelos, sedet ad dexteram Dei Patris omnipotentis; inde venturus est iudicare vivos et mortuos. Credo in Spiritum Sanctum; sanctam Ecclesiam catholicam, sanctorum communionem; remissionem peccatorum; carnis resurrectionem; vitam aeternam. Amen. Sub tuum praesidium confugimus, sancta Dei Genitrix, nostras deprecationes ne despicias in necessitatibus nostris, sed a periculis cunctis libera nos semper, Virgo gloriosa et benedicta, Domina nostra, Mediatrix nostra, Advocata nostra, Consolatrix nostra. Tuo Filio nos reconcilia, tuo Filio nos commenda, tuo Filio nos repraesenta. Każdego, kto odwiedza to miejsce, proszę o choćby krótką modlitwę w mojej intencji. Krzysztof Zagozda Wszystkich czytelników serwisu zachęcam do kontaktu ze mną: krzysztof@zagozda.info |